events.gry-online.pl
GOL ADVENTURE 2003 | Flight Simulator | DELTA Force | Red Baron | Piraci

Impreza :
GOL Adventure 2003
DELTA Force

Miejsce rozpoczęcia:
Kraków

Data:
12-13 lipiec 2003
(sobota-niedziela)

Rozpoczęcie przyjmowania zgłoszeń:
17 czerwiec 2003


Zakończenie przyjmowania zgłoszeń:
1 lipiec 2003

Ilość uczestników: 5

Spośród zgłoszeń, które zostały nadesłane, wylosowanych zostało następujących pięć osób:

BORO
JOANNA
NEXUS
KRZYSIEK1478
MATTEODA

Na liście rezerwowej imprezy umieszczeni zostali:

ARMADY
ALUCARD
POPIEL
XANATOS
DJL

Zgodnie z regulaminem imprezy, z wylosowanymi osobami skontaktujemy się w przeciągu najbliższych dwóch dni drogą mailową oraz telefoniczną.

Relacja z imprezy DELTA Force

Druga z imprez wchodzących w skład cyklu GOL Adventure 2003 już za nami. Już na wstępie należy zaznaczyć, iż DELTA Force, bo taką nosiła nazwę, okazała się być bardziej emocjonująca niż, poprzednia, tj. Flight Simulator. W końcu prawdziwa broń palna w rękach oraz skok na spadochronie powodują wydzielanie ogromnej ilości adrenaliny ;)

Cała impreza rozpoczęła się w sobotę o godzinnie 10:00 pod skarbonką na krakowskim rynku, gdzie spotkaliśmy się z pięcioma wylosowanymi uczestnikami (Joanna, neXus, Boro, Popiel, Krzysiek1478). Nim jeszcze wyruszyliśmy w około 70-kilometrową podróż do strzelnicy myśliwskiej Koła Łowieckiego „DIANA” w Zembrzycach, zaczęło kropić i obawialiśmy się, że nieobliczalna pogoda przeszkodzi nam w zabawie. Jak się okazało później, martwiliśmy się niepotrzebnie, ponieważ do końca dnia nasze ubrania pozostały suche, a utrzymujące się duże zachmurzenie i średnia temperatura były niemalże idealnymi warunkami strzeleckimi – nie za gorąco, nie za chłodno i brak oślepiającego słońca.

Na miejsce dojechaliśmy w okolicach godziny 11:15 i niemal natychmiast rozpoczęło się ponad dwugodzinne szkolenie z zakresu znajomości budowy i obsługi broni palnej, wykorzystywanych rodzajów amunicji, itp. W charakterze instruktorów wystąpili, Uwaga: Prezes (drugie miejsce w Polsce w strzelaniu dynamicznym, choć twierdzi, że gdyby nie kontuzja byłoby pierwsze :) i Wiceprezes Związku Strzelectwa Dynamicznego.

Następnie piątka bohaterów tej imprezy, pełna świeżo przyswojonych wiadomości teoretycznych przystąpiła, naturalnie pod czujnym okiem wymienionej wcześniej dwójki instruktorów, do strzelania próbnego, które miało za zadanie oswoić ich z czterema rodzajami broni, tj. karabinem snajperskim Hunter, shotgunuem Imperator SDASS oraz dwoma pistoletami H&K USP Expert i Glock 17. Tu przyszła pierwsza refleksja. Mianowicie okazało się, że to co widzimy w nawet najbardziej realistycznych grach, ma się nijak do autentycznej broni palnej i trafienie w tarczę z odległości około 15 metrów jest nie lada wyczynem.

Po strzelaniu próbnym przyszła kolej na krótką przerwę i posiłek w postaci dwóch pieczonych kiełbasek i napojów bezalkoholowych. Była to też okazja dla uczestników imprezy, do wymienienia swoich spostrzeżeń dotyczących pierwszego strzelania oraz do posłuchania o zabawnych sytuacjach z życia instruktorów - vide strzał do nowego telewizora SONY (który zakończył jego karierę), czy też przestrzelanie trzech ulubionych par butów żony ;)

Około godziny 15:30 nastąpił moment, na który wszyscy czekali, tj. właściwa rywalizacja. Nasi bohaterowie wzięli udział w mini-zawodach, jakie miały wyłonić, tego, który następnego dnia stanie w drzwiach samolotu znajdującego się na wysokości 4-tysięcy metrów i zrobi krok do przodu, tj. skoczy w dół na spadochronie. Zawody składały się z czterech konkurencji: strzelanie z karabinu snajperskiego Hunter do tarczy olimpijskiej, strzelanie precyzyjne z pistoletu H&K USP Expert również do tarczy olimpijskiej, oraz strzelanie dynamiczne z pistoletu Glock 17 i strzelanie do poperów (metalowych celów, składających się po trafieniu) z shotguna Imperator SDASS. Wszystko przebiegło prawidłowo, w atmosferze zdrowej rywalizacji. Warto wspomnieć o nadmiernym wymachiwaniu bronią przez Joannę, które przyprawiało instruktorów o małą nerwicę.... :)

Ostatecznie Zwycięzcą został neXus i to on w nagrodę, w niedzielę miał skoczyć ze spadochronem z wysokości czterech tysięcy metrów.

Do Krakowa wróciliśmy mniej więcej o godzinie 18. Koniec dnia był dobrą okazją do wymienienia „na gorąco” wrażeń i opinii – w gwarnej atmosferze krakowskiego Rynku zmęczeni i nieco obolali, ale niewątpliwe zadowoleni, uczestnicy przesiedzieli przy jadle i napojach bezalkoholowych ;) dyskutowali do późnych godzin wieczornych.

Niedziela przywitała nas fatalną pogodą – mżący kapuśniaczek przechodził okresami w bardziej zdecydowany deszczyk, zaś niebo było zasnute pokrywą ołowianych chmur. Pełni złych przeczuć wyruszyliśmy na lotnisko w Nowym Targu, gdzie miał odbyć się skok spadochronowy.

Po dotarciu na lotnisko sytuacja pogodowa wyglądała o ile to możliwe jeszcze gorzej. Oczywiście o skoku w takich warunkach nie mogło być mowy, tak więc rozpoczęło się nerwowe oczekiwanie. W końcu wiadomość – stacja meteo prognozuje krótkotrwałą poprawę pogody nad lotniskiem około godziny 16. Mając więc kilka godzin wybraliśmy się na obiad do Zakopanego, cały czas z nadzieją wpatrując się w niebo. Po powrocie do Nowego Targu pojawiły się jak na zawołanie pierwsze promyczki nadziei, to znaczy słońca. Ostatnia narada instruktorów i w końcu decyzja – będzie skok! Jeszcze tylko przebranie się w kombinezon, pilotka na głowę, kilka słów instruktażu oraz otuchy ;-) i otwarte drzwi samolotu.

Samolot majestatycznie wzbił się na zadaną wysokość i w końcu nadeszła ta chwila, kiedy w drzwiach stanął nasz bohater Nexus. Tutaj muszę przerwać relację, gdyż wrażenia z pobytu w powietrzu może opisać jedynie ta mała ale bardzo szybko zbliżająca się do ziemi koziołkująca kropka, to znaczy chciałem powiedzieć Nexus ;-) Zapewne tylko dzięki mocno zaciśniętym przeze mnie kciukom w końcu otwarła się nad nim czasza spadochronu, i majestatycznie zaczęła opadać ku ziemi, aż w końcu nastąpiło lądowanie, albo przynajmniej coś co można było nim od biedy nazwać ;-) Próba „wydobycia zeznań” z Nexusa to długie milczenie, zapewne dla złapania oddechu, po czym potok średnio spójnych słów, w których dało się wyłapać „super”, „rewelacja” i „jeszcze raz” – sugerowało to poważny szok adrenalinowy. Powrót do Krakowa urozmaiciła nam zemsta pogody w postaci oberwania chmury, które sprawiło, że na ruchliwej Zakopiance widoczność spadła do kilku metrów, zaś samochody poruszały się z prędkością anemicznego piechura.

Na koniec nastąpiło pożegnanie na dworcu w Krakowie i refleksja – pod względem ilości wydzielonej adrenaliny ta impreza będzie zapewne rekordową, choć nie traćcie czujności – nasze przewrotne mózgi postarają się wymyślić coś jeszcze bardziej „odlotowego” ;-)

Uwaga: Zdjęcia z drugiego dnia imprezy zostaną opublikowane wkrótce.

Poniżej załączam wrażenia poszczególnych uczestników imprezy DELTA Force:

„Wrażenia - to jak dla mnie straszna frajda, pierwszy raz w dłoni miałam przyzwoitą broń. Niestety lata siedzenia za biurkiem i komputerem spowodowały marną formę fizyczną (przyrzekam, ze zacznę ją poprawiać, przyrzekam ;P) i po strzelaniu z wolnej ręki z kałasznikowa (ale to bydle waży) moja celność drastycznie spadła. Ale wyniki rzecz mało ważna, zwłaszcza, ze i tak nie chciałam skakać.

Dla mnie najważniejsze jest to, ze wreszcie zdobyłam się na nawiązanie kontaktu z klubem strzeleckim - co planowałam od lat, ale zrobienie pierwszego kroku ciągle odwlekałam.

Załączam zdjęcie tarczy do jakiej strzelaliśmy - to wyniki ze strzelania z HK USP Expert 10-cioma pociskami. Co jest tylko 8 przestrzelin? Na pewno dwa pozostałe przeszły przez to samo miejsce - oczywiście 10-kę ;P wy niedowiarki :)” – Joanna

„Byłem, strzelałem, nie wygrałem, nie skakałem, latałem :)

ad. Byłem: dotarliśmy bezboleśnie, na czas - miejsce idealne - cisza, spokój, zieleń - teren odpowiedni do "szaleństw" ze spluwami.

ad. Strzelałem: dobór broni do imprezy zadowoliłby każdego (no, poza tymi, którzy lubią przycinać krzaki mingunem). Ku uciesze uczestników wystrzelaliśmy sporo ołowiu i to na rożne sposoby. Duże wrażenia na wszystkich zrobił Kałasz z lunetą - diabelstwo ciężkie, ale wrażenie po naciśnięciu spustu niesamowite. GLOCK te okazał się niezwykle user friendly - lekki, niezawodny, celny. Idealna broń do strzelania na czas. Imperator - to dopiero armata - zabiłem nią popera (metalowy cel wielorazowego użytku.. już nie, chyba ze pospawają :).

ad. nie wygrałem: w klasyfikacji końcowej wygrał neXus - celnie strzelał, choć jego wygrana nie wydawała się tak oczywista w trakcie turnieju. O końcowym wyniku zadecydował Paweł, który przemieszał punktacje wygrywając konkurencje w strzelaniu z pompki na czas (biedna pompka przy tej konkurencji dostała nieźle w d...). Zabrakło mi 0.5s, 1 pkt... i bym skakał... Duże wrażenie robiła Joanna - celnie strzelała (kalachem), widać było duże doświadczenie... niestety wrażenie robiły tez jej wymachy bronią - instruktorzy w panice łapali bron palna zanim Joanna zdążyła komuś poważnie zagrozić (brawa za refleks). Ona chyba nas nie lubiła, bo tak majtała ta bronią, ze strach się bać ;P

ad. nie skakałem: skoro nie wygrałem to nie skakałem (jeszcze raz wielkie dzięki Paweł ;-) )... ale mało brakowało Marcin też by sobie nie skoczył - pogoda do bani - chmury nisko, o słońcu nie było co marzyć... aż do 16, kiedy to, jak to bywa w górach, zrobiło się błękitno nad głowami... Marcin skoczył, był tak podekscytowany, ze balem się czy mu pikawa nie siadzie.... na szczęście chłop był twardy...

ad. latałem: no właśnie - nie skakałem, ale udało mi się towarzyszyć Marcinowi aż do exit point'u (na wszelki wypadek - a nuż się rozmyśli).. W AN'tku znalazło się jedno wolne miejsce, wiec wpakowałem swoje szacowne zwłoki i przypiąłem się pasami, robiłem za fotografa (piękne widoki) i balast. Jak już Marcinowi znudziło się latanie i sobie wysiadł z samolotu (nie wiem czemu nie chciał czekać, aż wylądujemy... musiało mu się śpieszyć) szanowny pan pilot ujął obrotów i wprowadził samolot w nurkowanie - totalny odlot, niesamowite wrażenie gdy ta kupa metalu pędzi ku ziemi... a w środku taki mały Boro trzyma się czego popadnie (na szczęście były pasy)...

no i po zabawie... szkoda, ze tak krotko, ale na pewno wspomnienia zostaną... na długo” – Boro

„Impreza była super tak wspaniale już dawno się nie bawiłem. Dzięki wam miałem po raz pierwszy kontakt z bronią i to nie z jakaś wiatrówką tylko z profesjonalną bronią używaną przez najlepszych. Mogłem poczuć ciężar broni i poczuć jak kopie – zwłaszcza strzelba gładkolufowa (shotgun Imperator SDASS, czyli popularna „pompka”). Pochwała należy się także prowadzącym strzelanie, którzy starali się w sposób przystępny i na luzie przekazać nam jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, co jak myślę im się udało z uwagi na brak ofiar śmiertelnych wśród ludzi i zwierząt.” - Krzysztof.

„Zacznę od początku gdy tylko przeczytałem o projekcie Gol Adventure od razu wykupiłem abonament w MayClub złoty oczywiście i zgłaszałem chęć brania udziału w przygodach i moje oczekiwania spełniły się znalazłem się na liście rezerwowej bardzo blisko ale jeszcze brakowało mi tego jednego że ktoś się wycofa i moje modlitwy się spełniły w piątek około godziny 16:30 w słuchawce usłyszałem miły głos „został pan wylosowany z listy rezerwowej zapraszamy jutro na strzelnice” od tej chwili czas pędził jak szalony, dla mnie przygoda z bronią zaczęła się już w wojsku, dlatego z niecierpliwością czekałem na strzelanie z poczciwego kałacha ale jak się okazało wersja „cywilna” kałacha nie ma ognia ciągłego ale co tam pojedynczym można równie szybko strzelać i się tak nie męczyć (pozdrowienia dla Joanny). Może nie były to strzały celne, ale co tam, frajda była niesamowita nie da się tego opisać niestety.

Impreza była zorganizowana wzorowo panowie instruktorzy znali się na swojej robocie i sypali śmiesznymi opowiastkami na każdym kroku .

W klasyfikacji generalnej zająłem ostatnie miejsce co poradzić strzelec wyborowy zemnie żaden, udało mi się wygrać ostatnią konkurencję strzelanie z (shotgun Imperator SDASS, czyli popularna „pompka”) tu wystarczy strzelić mniej więcej w odpowiednim kierunku bez zbytniego mierzenia. Swoim zwycięstwem pomieszałem szyki pierwszej dwójki czyli pan z 2 miejsca wskoczył na 1 .

Impreza zakończyłem na krakowskim rynku zajadając smaczną kolekcję i rozmawiając o pięknych krakowiankach.” – Popiel

„Wszyscy bawiliśmy się dobrze - choć niektóre osoby przyprawiały nas o dodatkowe emocje (nie ma to jak majtanie bronią). Inni natomiast strasznie polubi strzelanie z „pompki” („Czy to już druga seria? Nie, to czwarte podejście do pierwszej...” ;). Udało nam się ustrzelić „popera” (metalowy cel, składający się po trafieniu) na tyle dobrze, że już nawet reanimacja mu nie pomogła... Ogólnie - sporo broni, dużo huku, a jeszcze więcej dobrej zabawy. Oraz sporo siwych włosów na głowach instruktorów strzelania :) Mnie osobiście najbardziej podobało się precyzyjne strzelanie z H&K - aż można było zapomnieć, że bynajmniej nie służy on do zabawy...

Co do skoku - to ciężko to opisać... Jak można oddać uczucie, gdy się wisi w dziwach AN'tka 4 km nad ziemią albo gdy wykonuje się 3 fikołki tracąc przy tym 1.5 km wysokości nie za bardzo wiedząc, w którym kierunku jest ziemia... Czy powolne opadanie w ciszy, gdy słychać rozmowy prowadzone na lotnisku 400 m niżej... Ale warto było :)

Zaczynam właśnie się zastanawiać, gdzie by ten wyczyn powtórzyć :)” - neXus

copyright © 2000 - 2024 Webedia Polska SA