events.gry-online.pl
GOL ADVENTURE 2003 | Flight Simulator | DELTA Force | Red Baron | Piraci

Impreza :
GOL Adventure 2003 - Red Baron

Miejsce rozpoczęcia:
Warszawa

Data:
2 Sierpień 2003

Rozpoczęcie przyjmowania zgłoszeń:
8 lipca 2003

Zakończenie przyjmowania zgłoszeń:
20 lipca 2003

Ilość uczestników: 2

Spośród zgłoszeń, które zostały nadesłane, wylosowane zostały następujące dwie osoby:

SOLE
SEBA74

Na liście rezerwowej imprezy umieszczeni zostali:

IMONATE
PLUTTI

Zgodnie z regulaminem imprezy, z wylosowanymi osobami skontaktujemy się w przeciągu najbliższych dwóch dni drogą mailową oraz telefoniczną.

 

Trzecia impreza z cyklu GOL Adventure zakończona

Trzecia z imprez wchodzących w skład cyklu GOL Adventure 2003 już za nami, pora więc na jej małe podsumowanie. My ze swej strony postaramy się przedstawić Wam wydarzenia, jakie miały podczas niej miejsce, o ocenę i wyrażenie swych opinii poprosiliśmy natomiast biorących w niej udział uczestników.

***

Impreza rozpoczęła się drugiego sierpnia około godziny dwunastej, spotkaniem w znajdującej się w centrum Warszawy restauracji Champions. Dalej uczestnicy (Imonate i Seba74), osoby towarzyszące oraz przedstawiciele redakcji GRY-OnLine udali się na lotnisko Aeroklubu Warszawskiego. Pogoda tego dnia dopisywała, jednak z powodu wypadku lotniczego helikoptera Robinson R44, który miał miejsce dzień wcześniej podczas pokazów w Kętrzynie, znajdujący się na tamtejszym lotnisku samolot Piper Cub miał kłopoty z „wydostaniem się” i planowym dotarciem na miejsce imprezy GOL Adventure – Red Baron, którym było lotnisko Warszawa-Babice.

W oczekiwaniu na przybycie Pipera, uczestnicy imprezy obejrzeli samoloty będące w dyspozycji Aeroklubu Warszawskiego, odbyli również lot widokowy samolotem Cessna 172. Okazało się, iż uczestnicy Red Barona, podobnie jak to miało miejsce w przypadku imprezy Flight Simulator, to urodzeni lotnicy, świetnie radzili sobie z poszczególnymi elementami pilotażu, i tak na prawdę do pełni szczęścia brakowało im już tylko kilku dodatkowych lotów w celu przećwiczenia startów i lądowań (najwidoczniej wcześniej „ostro” ćwiczyli na jakimś wirtualnym symulatorze :-)

Okres oczekiwania był również okazją do posilenia się i porozmawiania w restauracji zlokalizowanej w kompleksie budynków znajdujących się na podejściu do pasa lotniska. Tematami dominującymi podczas rozmowy były oczywiście sprawy związane z lotnictwem i wakacjami, nie zabrakło również dyskusji dotyczących komputerów i Internetu. Duże, przeszklone okna, przy których umiejscowione zostały stoły, pozwalały również podziwiać szybowce, sunące majestatycznie po niebie.

Około godziny osiemnastej samolot Piper Cub wylądował bezpiecznie na lotnisku w Bemowie. Po zatankowaniu i trwających kilkanaście minut próbach uruchomienia silnika (rozruch samolotu odbywa się ręcznie, przez tzw. „zakręcenie śmigłem”) samolot był gotów do odbycia pierwszego lotu.

Uczestnicy, osoby towarzyszące oraz pracownicy GOLa po kolei dzielnie dosiadali maszyny. Z racji niewielkich rozmiarów kabiny, musieli przy tym wykazać się odrobiną niemal małpiej zwinności. Ci, którzy nieco wcześniej odbyli lot Cessną, zdecydowanie twierdzili, iż lot Piperem jest znacznie przyjemniejszy, lepiej „czuje się” powietrze a samolot ma swój niepowtarzalny „klimat”.

Widok Warszawy i okolic, „zapach” benzyny oraz szum wiatru z pewnością zapadną uczestnikom imprezy głęboko w pamięci. Gdy po latach samolot, którym lecieli trafi do muzeum, będą mogli oni pochwalić się swoim dzieciom i znajomym, iż kiedyś siedzieli za sterami tej „łupinki” i szybowali w niej kilkaset metrów ponad ziemią.

Impreza zakończyła się około godziny dwudziestej pierwszej, chociaż w przypadku przedstawicieli GRY-Online, nie do końca, gdyż kontynuowali oni swoją podniebną przygodę w drodze do rodzimego Krakowa na pokładzie znacznie większego, „bezdusznego” samolotu Boening 737. Ale to już zupełnie inna historia ... :)

Dla osób lubujących się w cyferkach nieco informacji techniczno-historycznych na temat samolotu, na którym odbywały się loty:

Samolot Piper J-3 Cub - dwuosobowy górnopłat drewnianej konstrukcji, poszycie samolotu wykonane z materiału. Produkowany od roku 1938 w zakładach lotniczych Piper Aircraft Corporation w Stanach Zjednoczonych (później również na licencji w wielkiej Brytanii). Występował w wielu wersjach (sportowej, łącznikowej, obserwacyjnej i sanitarnej). Wyróżniał się niewielką masą (pusty 308kg; max 553kg) i małymi wymiarami: rozpiętość 10,6m, długość 6,7m, wysokość 2m. Z silnikiem o mocy 65 KM rozwijał prędkość maksymalną 137 km/h, do startu i lądowania wystarczał mu pas ziemny o długości 100 m.

Poniższe linki pozwolą wam na pobranie i obejrzenie dwóch krótkich, kilkunastosekundowych filmów prezentujących naszych asów przestworzy „w akcji”, czyli w trakcie lotu:

A oto jak impreza zapadła w pamięci jej głównych uczestników, czyli Doroty (Imonate) i Sebastiana (Seba74):

***

Rok 1944.

Miejsce akcji: Włochy, w pobliżu rzeki Senio.

Cel: Zniszczenie niemieckich stanowisk artyleryjskich.

Uczestnicy: piloci 663 Dywizjonu Samolotów Artylerii, popularnie zwanego Dywizjonem „Kubusiów”.

„Pawlikowski wykonał zakręt i wpatrywał się w wykryty cel, oddalony w prostej linii o około jeden kilometr. Nagle pojawił się tam błysk rozrywającego się pocisku i mały silny obłoczek. Był za daleki i z prawej strony celu.

- Carpenter jeden, ja turkey jeden. Strzał za długi dwieście, z prawej pięćdziesiąt!

- Okay! Powtarzam, obserwuj!

- Okay!

Znów zakręt o 180 stopni i wznoszenie do wysokości 200 metrów. Pawlikowski wytrzeszczał wzrok...

- Jest w celu! Ja turkey jeden - zameldował pilot, ujrzawszy następny wybuch próbnego pocisku.

- Uważaj, będzie salwa! - usłyszał w słuchawkach. Jednocześnie zauważył, że Niemcy przerwali ogień.

W kilkanaście sekund potem wskazany cel został pokryty wybuchami artyleryjskich pocisków. Wszystkie znalazły się w celu. To tak bardzo podnieciło pilota, że podświadomie nacisnął włącznik radia i wykrzyknął po polsku:

-O, cholera Wszystkie w celu! Ja turkey jeden!

-What do you say? Repeat! I carpenter one..."(*)

59 lat później. 2 sierpnia 2003 roku

Miejsce akcji: Polska, hotel Marriot.

Cel: GOL Adventure – Red Baron. Przelot samolotem Piper Cub nad Warszawą (unikalny nie tylko w skali Polski egzemplarz muzealny).

Uczestnicy: dwie osoby, które zostały wylosowane spośród zgłoszeń na w/w imprezę.

O godzinie 12:00 zjawiłam się w hotelu Marriot jako jedna z osób, które zostały wylosowane do uczestnictwa w imprezie GOL Adventure - Red Baron. Byłam na liście rezerwowej, ale jak widać szczęście uśmiechnęło się do mnie i uczestnik z listy głównej niestety (dla niego) zrezygnował. Tutaj spotkaliśmy się z DeSadem i Solnicą - organizatorami imprezy, oraz drugim laureatem Sebą74. Pojechaliśmy na warszawskie lotnisko aeroklubowe Bemowo. Tutaj dowiedzieliśmy się, że dzień wcześniej na lotnisku, z którego miał do nas przylecieć samolot Piper Cub zdarzył się wypadek lotniczy, w którym został rozbity helikopter, starty zostały na jakiś czas wstrzymane i nie wiadomo czy samolot, na który czekaliśmy w ogóle dotrze.

Już sama informacja o wypadku lotniczym zachwiała moją i tak niezbyt wielką odwagą by stać się (hihi) „asem przestworzy”, ale kiedy powiedziało się „A”, trzeba powiedzieć „B”

Samolot Bucker 131 „Jungman”, który miał być zapasową atrakcją niestety miał awarię silnika i obsługa naziemna coś w nim grzebała z nadzieją wykrycia usterki. Maszyna naprawdę robi wrażenie, ale wszyscy doszliśmy do wniosku, że ze względu na konstrukcję (owiewki zamiast zamkniętej kabiny) jesteśmy niezbyt odpowiednio ubrani na przelot tym cudeńkiem. Trochę mogłoby nas przewiać. Nie mieliśmy przecież ze sobą kurtek lotniczych, zaś ostatnie gogle i pilotkę wykupił Donald Sutherland, kiedy brał udział w filmie „Złoto dla zuchwałych”.

Podczas oczekiwania na Pipera, organizatorzy imprezy załatwili przelot czteroosobowym samolotem turystycznym Cessna 172 „SkyHawk”. Z duszą na ramieniu wgramoliłam się do kabiny zajmując miejsce za pilotem. Seba74 usiadł obok pilota pewnie zamierzając zastąpić go w „nudnym” ;-) zajęciu startu i lądowania. Samolot zaczyna kołować na pas startowy. Pilot otrzymuje z wieży pozwolenie na start, a ja zastanawiam się co tu robię i po co mi te atrakcje. Przecież gdybym była stworzona do latania to Bóg dałby mi skrzydła. Zaczynamy się wznosić. Zaciskam dłonie i siedzę cicho jak myszka (przecież nie pokaże po sobie, że się boję!). Zaczęłam mruczeć pod nosem piosenkę Kuby Sienkiewicza „I co ja robię tu, co ja tutaj robię...”.

Ufff, start mam już za sobą. Z ciekawością zaczynam rozglądać się wokół Cessny. O kurczę, faktycznie jesteśmy w powietrzu. Nie tam żadne symulatory lotu, czy kolejki górskie w wesołym miasteczku! Tylko samolot, my w środku, a pod nami pustka. Nie, nie tylko pustka, pod nami piękny widok Warszawy z „lotu ptaka”. Ludzi nie widać - za wysoko, ale samochody wyglądają jak mróweczki. Domki jak pudełka zapałek, a Pałac Kultury wygląda jak odpustowa figurka sprzedawana na targu.

Ojej, co się dzieje? Samolot zaczyna podskakiwać i przechylać na boki, jakby w baku zamiast paliwa były jakieś napoje wysokoprocentowe?!

Kurczę, to żartowniś pilot zafundował nam dodatkowe atrakcje w postaci akrobacji. Oczywiście były one dobrane odpowiednio do naszej odwagi, ale tego dowiedziałam się dopiero po wylądowaniu. Ze strachu i emocji zaczęłam krzyczeć. Ciekawe, o której z tych przyczyn pomyślał sobie pilot, bo dał już spokój tym ewolucjom.

Teraz pilot zaproponował „Sebie74” przejęcie sterów, a sam zdjął ręce z wolantu. „Seba” musi jeszcze trochę potrenować, bo dało się odczuć, że już nie lecimy jak po sznureczku, ale bardziej jakbyśmy jechali po „kocich łbach”. Ale jak na pierwszy raz to jestem pełna podziwu dla jego dokonań. Pomalutku zaczęliśmy zbliżać się do lotniska. W dole zobaczyłam baraki i pas startowy. Samolot zaczął zbliżać się do ziemi. Jeszcze chwila i dołączymy do reszty grupy. Oddycham z ulgą. Długo nie zapomnę tych wrażeń. Jestem dumna z siebie, że odważyłam się na tą atrakcję.

Już na ziemi okazało się, że to nie koniec szalonego dnia. Samolot, który miał być główną atrakcją będzie jednak na miejscu, ale dopiero około 18:00.

Kiedy wybierałam się na GOL'ową imprezę całą drogę zastanawiałam się czy w ogóle odważę się wsiąść do kabiny... teraz naszła mnie wielka ochota, żeby spróbować przelecieć się również Piper Cub’em. A co mi tam, raz się żyje, a może już nie spotka mnie w życiu druga taka okazja?!

Do przylotu mieliśmy sporo czasu, więc organizatorzy postanowili zaprosić nas do restauracji by tam przy obiadku poznać się lepiej. Pilot umilał czas opowieściami o swojej ekscytującej pracy, DeSade i Solnica godnie pełnili rolę gospodarzy, ja zaś zastanawiałam się czy w ogóle powinnam cokolwiek zjeść. Nie żebym nie była głodna, po prostu zadawałam sobie pytanie - co będzie, jeśli ten obiadek niechcący znalazłby się w kabinie samolotu.

Czas szybko minął. Wsiedliśmy do samochodów i wróciliśmy na lotnisko. Z zachwytem obserwowaliśmy nadlatujący samolot Piper Cub w zielonych wojskowych barwach. Po zatankowaniu przyglądaliśmy się żmudnym próbom uruchomienia silnika. Była to dla nas pewna ciekawostka, bo model ten nie jest wyposażony w starter. Tak jak w latach jego świetności uruchamia się go poprzez silne pokręcenie śmigłem. Nie jest to wcale taka prosta czynność. Wymaga ona sporo siły i refleksu, ponieważ w momencie zaskoczenia silnika pęd powietrza może kręcącego śmigłem zassać, a domyślacie się pewnie czym to dla niego mogłoby się skończyć.

Po około piętnastu takich próbach silnik wreszcie zaskoczył i rozpoczęliśmy nasze kolejne „loty do gwiazd”. Zgodnie z zasadą, że jeśli coś jest niebezpieczne, to panowie mają pierwszeństwo, na pierwszy ogień poszedł Seba74. Wgramolił się na przednie siedzenie, co wcale nie było taką prostą sprawą, bo samolot ten nie był projektowany z myślą o wygodzie podróżnych, lecz by jego konstrukcja była jak najlżejsza. Obserwowałam jego start z zapartym tchem. No, mam chwilkę na pozbieranie myśli i rozejrzenie się po hangarze pełnym różnych latadeł. Mioteł nie mieli, pewnie brak funduszy w aeroklubie na nietypowy sprzęt do latania ;-)

Piper po jakimś czasie wylądował na lotnisku. Z trudem zajęłam miejsce w kabinie, Towarzyszący mi w wyprawie do Warszawy Minius (mój sssskarbek) zapiął mi pasy i pilot rozpoczął kołowanie. Zdziwiło mnie nieco, że start odbywa się z trawy, a nie tradycyjnego pasa, ale dzięki temu poczułam się jak piloci z polskiego dywizjonu w czasie wojny. Przecież im również nie budowano specjalnie pasów startowych. Samolot, podskakując na kępkach trawy rozpoczął rozbieg i nawet nie zauważyłam kiedy byliśmy w powietrzu. Strach gdzieś całkowicie się ulotnił, a ja zaczęłam rozkoszować się widokiem jaki roztaczał się wokół. Przede mną znajdowały się instrumenty pomiarowe. Po lewej na tablicy, jak zapamiętałam, był prędkościomierz wskazujący mile na godzinę. Stopy umieściłam na pedałach, dłonie na wolancie, na lewej ściance kabiny znajdowała się dźwignia przepustnicy do zmiany prędkości. Nad tablicą przyrządów widziałam lekko przesuwający się żyrokompas. Kabina świetnie przeszklona, nawet góra z przezroczystej pleksy. Samolot jest górnopłatem, więc widok ziemi delikatnie przesłaniały jedynie podpory skrzydeł, które dla niezorientowanych, pokryte były materiałem, tak jak i kadłub.

Wrażenie fantastyczne.

Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję lecieć takim modelem, to nie zastanawiajcie się nawet chwili. Musicie to przeżyć. Piper, w przeciwieństwie do Cessny, jest bardzo lekki, co od razu da się wyczuć. Bardzo delikatnie reaguje na stery, a jego przeszklenie pozwala rozkoszować się cudownymi widokami. Przeżycia związane z lotem nim rekompensują wszelkie niewygody. Mogłabym nim tak latać godzinami i puszczać oko do ptaków. Niech nie myślą, że tylko one mają monopol na przestworza.

Niestety, wszystko, co dobre szybko się kończy. Również i ta impreza dobiegła końca.

Gdyby nie wspaniały pomysł firmy GRY-OnLine pewnie nigdy nie miałabym okazji przeżyć tak cudownych chwil oraz wyleczyć się raz na zawsze ze strachu przed lataniem. Chciałam tutaj szczególnie podziękować DeSade'owi, Solnicy oraz panu Pilotowi, dzięki którym opisany przeze mnie dzień na długo zapadnie w mej pamięci. - Imonate

(*) Fragment książki Wacława Króla - W dywizjonie "Kubusiów"

***

Niestety z powodu nawału prac i permanentnego braku czasu jaki dopadł w tym tygodniu Sebastiana, jego wrażenia z imprezy opublikujemy w późniejszym terminie.


copyright © 2000 - 2024 Webedia Polska SA